Czy Niemcy w związku z pandemią koronawirusa siedzą na „beczce prochu”? Czy osobom odpowiedzialnym „sprawa wymknęła się spod kontroli”? Jeśli założyć, że prawdziwa jest jedynie połowa tych cytatów, które według gazety „Bild” pochodzą z wewnętrznej wymiany zdań Angeli Merkel z przedstawicielami krajów związkowych, to mamy właśnie do czynienia z kanclerz, która definitywnie straciła cierpliwość. „Musimy stać się jeszcze bardziej surowi, w przeciwnym razie za 14 dni wrócimy do punktu wyjścia” – miała powiedzieć Merkel.
O tym, jak bardzo kanclerz Niemiec jest poruszona obecną sytuacją, świadczy jej reakcja na osoby, które w Niemczech niezmiennie chętnie podróżują. „Na Boże Narodzenie 50 tysięcy osób poleciało na Wyspy Kanaryjskie i Malediwy” – miała podkreślać Merkel. I dalej: sto razy miała zadawać pytanie, dlaczego takich podróży po prostu nie można zakazać? I otrzymywać odpowiedź na miarę byłych obywateli NRD, że Niemcy są w końcu wolnym krajem. Jeżeli takie słowa rzeczywiście padły, a Merkel otrzymuje ciągle taką odpowiedź, ma prawo czuć się tym dotknięta. Również częściowo skrajnie prawicowe osoby, które negują koronawirusa, lubią wskazywać na NRD-owską biografię Merkel, gdy potępiają to, co uważają za nieuzasadnione ograniczenia praw obywatelskich w czasie pandemii.
Opanowanie Merkel jest legendarne
Czy Niemcom sprawy wymknęły się spod kontroli? Pewne jest, że liczba zakażeń obecnie znów nieco spada, ale najwyraźniej nie na tyle szybko, by zdążyć, zanim niebezpieczne mutacje wirusa rozprzestrzenią się w Niemczech. Pewne jest także, że zmarnowano wiele czasu na żmudny proces zatwierdzania szczepionki przez UE, która teraz może być dostarczana jedynie z opóźnieniem. I jest to niepokojący znak, gdy kanclerz Niemiec, słynąca z legendarnych wprost stalowych nerwów podczas niezliczonych negocjacji, traci teraz zimną krew.
W stycznik 2021 roku Merkel jest tym, kogo Amerykanie nazywają „lame duck”. Jesienią końca dobiegnie jej kanclerstwo. Wszyscy o tym wiedzą i pewnie również dlatego jej słowo nie ma już najwyraźniej takiej wagi, jak kiedyś. Tym bardziej, że realizacja wszystkich decyzji leży zasadniczo w gestii krajów związkowych. Wielu premierów landów, z którymi Merkel rozmawia, chce jednak zostać wybrana ponownie i wie, że ludzie są zmęczeni pandemią i tęsknią za poluzowaniem restrykcji.
Merkel nie chce jednak być postrzegana na koniec swojej kadencji jako ta, która nie poradziła sobie z pandemią na ostatnich metrach swojego urzędowania. Po tym, jak najpierw przetrwała kryzys finansowy, a następnie zażarte spory o uchodźców jesienią 2015 roku i w kolejnych latach. A potem był jeszcze Donald Trump, którego prezydentura była dla Merkel wszystkim innym niż przyjemnością.
Marudzenie na bardzo wysokim poziomie
Poza tym Merkel jest zdania, i pewnie jest w tym słuszność, że ludzie w Niemczech w czasie pandemii – mówiąc delikatnie – marudzą na bardzo wysokim poziomie. Również obecny lockdown, który teraz nareszcie daje pierwsze rezultaty, nie jest tak surowy, jak podobne restrykcje we Włoszech, Hiszpanii czy Francji. Innymi słowy: zamknięte restauracje, odwołane loty i kilka tygodni bez nowej fryzury to wszystko, w odczuciu kanclerz, jest do przyjęcia. Z pewnością nie chodzi jej jednak o los wielu właścicieli restauracji i ludzi kultury, którzy, podobnie jak tysiące innych osób prowadzących działalność na własny rachunek i ich pracowników, obawiają się o swoją egzystencję ekonomiczną.
Pandemia w Niemczech to wyścig z czasem. Rozwlekły start szczepień jest po prostu irytujący, a większe restrykcje niż te obecne, są trudne do wprowadzenia.
Do tego dochodzi fakt, że niezliczone spotkania premierów landów z kanclerz Merkel, które odbywały się w tę i z powrotem, kosztowały wszystkich sporo nerwów. Pozostaje tylko nadzieja, że nie spełnią się przerażające scenariusze o mutacjach wirusa. W tej chwili Niemcy są jednak w kropce. W każdym razie wiosna, a wraz z nią powolny powrót do normalności, wciąż wydają się bardzo odległe.